niedziela, 5 stycznia 2014

Algarve - część I.

   Mimo, że zima w tym roku nas rozpieszcza tzn. temperatury są wyjątkowo wysokie jak na styczeń i brakuje śniegu, to chcę Was na chwilę zabrać do cieplejszego, bardziej słonecznego miejsca. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. :)

  Kolejnym celem na Erasmusie była wizyta na południowym wybrzeżu Portugalii - Algarve. Bez zastanowienia mogę powiedzieć, że to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu, takie za którym się tęskni po opuszczeniu i do którego trzeba wrócić!

  Na południe wybierałam się z moimi trzema polskimi współlokatorkami. Lot miałyśmy w południe 31 października i myślę, że trafiłyśmy idealnie, bo był to ostatni termin kiedy mogłyśmy liczyć na ciepłą kąpiel w oceanie i nie zamarznięcie podczas spania w wypożyczonym samochodzie. 


    Do Faro dotarłyśmy ok. 15. Chwilę czekałyśmy na autobus, którym miałyśmy jechać do wypożyczalni samochodów. Po dotarciu nie obeszło się bez małych problemów z kartą płatniczą itp. ( pamiętajcie o ustaleniu odpowiednich limitów przed takimi wyjazdami! ), ale na szczęście wszystko skończyło się powodzeniem. Ruszyłyśmy na zachód, słońce powoli zachodziło, a naszym pierwszym przystankiem miała była Albufeira.


     Po 2h jazdy, zaczęłyśmy szukać miejsca gdzie mogłybyśmy coś zjeść, bo umierałyśmy z głodu. Pełna obaw, że znów trafimy do restauracji, gdzie będzie można zjeść jedynie tłustą francesinhe albo hod-doga, zatrzymałyśmy się w mniejszym miasteczku w lekko schowanej restauracji. Najlepsza decyzja jaką mogłyśmy podjąć. Miejsce było prowadzone przez starszą parę i mimo, że długo czekałyśmy to jedzenie było naprawdę dobre. Jeden z niewielu...albo nawet jedyny restauracyjny obiad w Portugalii który bym zjadła ponownie. A do tego mogłyśmy obejrzeć mecz Janowicza z Nadalem ;) Niestety nie mam stamtąd żadnych zdjęć. Po jedzeniu pojechałyśmy dalej. Od Albufeiry dzieliło nas kilka minut.

   Z okazji, że wcześniej najadłyśmy się tak, że ledwo mogłyśmy chodzić, postanowiłyśmy iść na kawę i deser. ;) Jeżeli chodzi o jedno i drogie  to w Portugalii nie można narzekać. Prawie wszystko przepyszne i już za tym tęsknię! Padło na bar w amerykańskim klimacie.


Na masę!


    Po zjedzeniu poszłyśmy na krótki spacer m.in na plażę...ale było tak ciemno, że aparaty nie chciały z nami współpracować. Na zdjęciach tego nie widać, ale z powodu Halloween, kluby i bary były czynne do późna i odbywało się sporo imprez.




   My byłyśmy padnięte, więc wróciłyśmy do samochodu i pojechałyśmy szukać miejsca, gdzie można by było się spokojnie zatrzymać i pójść spać. Jak wcześniej wspomniałam, chcąc uciąć koszty, nocowałyśmy w samochodzie. Pierwsze próba postoju nie powiodła się - przez przypadek trafiłyśmy do ekskluzywnego resortu golfowego i ochrona poprosiła nas kulturalnie o zmianę miejsca. ;) Po pół godziny krążenia w końcu udało nam się coś znaleźć. Niestety okazało się, że tylne siedzenia nie rozkładają się do końca, więc dwie z nas...w tym ja, spały z tyłu naszego punciaka w pozycji półsiedzącej z mocno podkurczonymi nogami. "Nocą życia" tego nie nazwę! 

 Wstałyśmy dość wcześnie, szybko się ogarnęłyśmy, pojechałyśmy po śniadanie i ruszyłyśmy na plażę!


Pogoda marzenie!




Posiedziałyśmy na plaży godzinę i ruszyłyśmy dalej. 


Przed nami było cudowne Lagos i Sagres...uwierzcie mi, że Albufeira to nic w porównaniu do tego co będzie w następnym wpisie! 


3 komentarze:

  1. Zdjęcia jak z pocztówek! :) Sama chętnie bym tam pojechała :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę wyjazdu... Świetne wpisy, doskonały poziom, takiego bloga szukałem! Prowadzę katalog polskich blogów wellness - http://the-best-of-wellness.blogspot.com/ i z przyjemnością dodam do niego Twojego bloga. Pozdrawiam serdecznie, Marek.

    OdpowiedzUsuń