wtorek, 11 marca 2014

Wróciłam! / Algarve - część II.

   Nie było mnie aż dwa miesiące, a wszystko przez brak czasu! W postanowieniach noworocznych obiecałam regularne prowadzenie bloga...a wyszło jak wyszło. Powrót na uczelnie, nowa praca, praktyki, magisterka...na pewno sporo z Was wie o czym mówię. Nie tłumaczę się dłużej, liczę na wyrozumiałość i zapraszam na kolejny post z Portugalii!

  Po ok. 2 h dojechałyśmy do Lagos - jednego z bardziej znanego miasta na wybrzeżu. Zostawiłyśmy punciaka na parkingu i poszłyśmy deptakiem na plażę.



Port. 
 

Dotarłyśmy na jedną z plaż otoczoną skalistymi klifami i zaczęła się zabawa :)


 Kąpiel w oceanie w listopadzie - najlepiej! Woda cieplutka!


  Kilka fotek, parę minut wylegiwania na plaży i poszłyśmy zjeść obiad. Nie mam zdjęć z innej części miasteczka, ale wierzcie na słowo, że centrum Lagos to deptak, port, masa kawiarni ( jak wszędzie w Portugalii), restauracje i sklepy z pamiątkami - czyli typowy kurort. 

  Po 2 godzinach wsiadłyśmy w samochód i ruszyłyśmy w stronę najdalej wysuniętego punktu południowo-zachodniej Europy - Przylądka Świętego Wincentego! Po dojeździe było już ciemno, więc zbyt wiele nie widziałyśmy. Wypiłyśmy piwo w jedynym otwartym beach barze, potem zjadłyśmy kolację w pizzeri i zatrzymałyśmy się na campingu, gdzie spędziłyśmy kolejną noc w samochodzie. Tym razem spałam z przodu, a nie w bagażniku - luksus! Ok. 6 Ania próbowała mnie zwlec z łóżka na wschód słońca, ale niestety nie byłam w stanie wstać i zostałam z Olą i Dorotą w samochodzie. Do dziś tego żałuję i obiecuję sobie, że następnym razem na pewno nie będę grymasiła i to zrobię! 
Słoneczny poranek i stylowy dresik w którym spałam :)

   Ogarnęłyśmy się i pojechałyśmy zjeść śniadanie. Ach! Patrząc na to zdjęcie przypominam sobie jak bardzo tęskniłam za polskim, normalnym, razowym chlebem...a nawet i tym pszennym. Tostowe, nadmuchane pieczywo jest niestety w Portugalii najbardziej powszechne. Za to kawka wszędzie wyśmienita!

   To był początek jednego z najlepszych dni jaki spędziłam podczas Erasmusa. Sagres to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w swoim życiu, a do tego taka mała kraina "surferów". Mogłabym tam mieszkać, albo chociażby spędzać wakacje. Na pewno wrócę!


 Coraz bliżej... 

I jesteśmy! Przylądek św. Wincentego zaliczony!


Tego miejsca nie można opisać słowami, tam trzeba pojechać!

  Spędziłyśmy tam trochę czasu. Kupiłyśmy super cieplutkie, wełniane swetry. Napawałyśmy się pięknymi widokami...ale niestety czas nas gonił. Wieczorem musiałyśmy oddać samochód w Faro, więc kilkugodzinna podróż wzdłuż wybrzeża była jeszcze przed nami. Nie zabrakło chwili grozy, gdy przez kilka minut nie chciał nam odpalić samochód...ale w końcu się udało!

  W połowie podróży postanowiłyśmy zatrzymać się na kawę. Nie miałyśmy już planów zwiedzania, więc skręciłyśmy do wtedy najbliższej położonego miasteczka. Los nam sprzyjał - trafiłyśmy do Luz. Patrząc na ludzi można było wywnioskować, że jest to dość znane miejsce na wybrzeżu, do którego przyjeżdżają emerytowani Anglicy na urlop. Spokojne i pełne uroku. Ja wyobrażając sobie swoje wakacje za 40 lat, mam nadzieję, że będę je spędzać właśnie tam! :)



Chwila odpoczynku, 2h w samochodzie, noc na lotnisku, a następne powrót do Porto. To była cudowna wycieczka!

8 komentarzy:

  1. Cudowne zdjęcia! Patrząc na nie, nie mogę się doczekać lata :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż mi się cieplej na sercu zrobiło od patrzenia na te zdjęcia :) Taki typ wakacji odpowiada mi najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. jejjjjj ale CUDNIE!!!!! i do tego erasmus!!!! Na ostatnim roku studiów byłam na Erasmusie w Rzymie! No niezapomnianie wrażenia i wspomnienia! :)))))))) Jesteś we wspaniałaym okresie życia! korzystaj i nie marnuj ani chwili!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej, jak Ci zazdroszcze :)
    Wspaniałe wczasy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. zazdroszcze!piękne tam :)
    www.perfecthealth.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Swietne zdjęcia ;) tez bym tak chciała byc ;)

    OdpowiedzUsuń