Nie uważam się za materialistkę.
Przez ostatnie kilka lat staram się żyć według idei, która mówi,
że lepiej inwestować w przeżycia i wspomnienia, niż rzeczy. Nikt
mnie do grobu nie pochowa z ciuchami i gadżetami za miliony. Mimo
tego całego „rzeczozmęczenia” mam kilka marzeń, które można
zaliczyć do tych materialnych. Moim zdaniem pod każdą z nich kryje
się coś więcej niż pusty
przedmiot, ale myślę, że to możecie dopowiedzieć sobie sami.
Parterowy domek
poza Warszawą
Od kiedy w wieku 12 lat
pierwszy raz pojechałam odwiedzić koleżankę w Jabłonnej, marzy
mi się posiadanie domu jednorodzinnego. Takiego niedużego,
parterowego, z ogródkiem i kącikiem warzywno-owocowym. Jak byłam
przedszkolakiem to oczywiście myślałam tylko o willi z 10 pokojami
i basenem. Niesamowite jest to, jak zmieniają się priorytety wraz z
wiekiem. Chyba załamałabym się gdybym miała sprzątać taki
metraż.
Marta miała ok 120m.
dom w którym mieszkała razem z rodzicami i trójką braci. Dzięki
temu, że dom nie był kilkupiętrowy i nie miał wielkiej
powierzchni, automatycznie dużo czasu spędzali razem w kuchni i
salonie. To na pewno umacniało ich zażyłość i podkreślało
rodzinną atmosferę otoczenia, którą zawsze bardzo podziwiałam. I
nie chodzi tu o to, że w moim dzieciństwie czegoś brakowało. Po
prostu byłam pod wrażeniem jak wygląda dom rodziny wielodzietnej.
Mimo, że ledwo co
kupiłam swoją pierwszą kawalerkę, to w wolnych chwilach lubię
pomarzyć, pooglądać oferty i zdjęcia domków moich marzeń. Kto
wie czy za kilka lat nie będę stała przed wyborem: domy nasprzedaż w Tarnowskich Górach czy zaprojektowane, drewniane chatki
na Mazurach?